środa, 1 sierpnia 2012

Dumaguete

wreszcie slonce! dolecielismy wczoraj kolo 17, wzielimy tani pokoj, ale juz z klima i poszlismy zwiedzac. Maja tu bardzo przyjemne nabrzeze, gdzie na ten tychmiast kupilismy sobie piwo i Filipowi pyszna mrozona herbate. Potem ogladalismy statki, ktore utknely tu na mieliznie i zostaly ku przestrodze. Wieczorem po kolacji, przy ktorej Filip dal czadu biegajac wszedzie i plujac jedzeniem (!%#!!), kupilismy wreszcie njelpsze mango na swiecie 5 sztuk za cale 2,50zl. Ciekawe bylo jak w pewnej uliczce podbiegl Amerykanin i powiedzial, ze to dosc niebezwpieczne miejsce i zebysmy nie szli, ale jak dowiedzial sie, ze jestesmy z Polski to ok :). W ogole duzo tutaj sugar daddies - czyli gosci w mocno zaawansowanym wieku, kotrzy zenia sie mlodymi Filipinakmi. W ten sposob utrzymuja tu cale filipinskie rodziny. Kilku takich juz widzielismy w Coron Town, ale tu jest ich zdecydowanie wiecej. Moze dlatego, ze i miejsce przyjemniejsze, szczegolnie okolica nadrzeza. Jaka ulga dzis rano bylo wyjrzenie za okno i nie zobaczenie strug deszczu! Tafun daj sie w kosc Basi i Laurowi, ktorzy utkneli na polnocnym Luzonie. Sa tam obsuwy ziemi i nie za bardzo cos jezdzi by mogli sie wydostac. W dodatku jest tan 15C i Basia sie przeziebila. U nas na szczescie Filipkowi przeszedl kaszel, ktory ewidentnie byl zwiazany z piciem kakao. Teraz zbieramy sie na ostatni rut oka na Dumaguete i lodke na Siquijor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz