piątek, 31 sierpnia 2012

Podsumowanie

W podroz z naszym trzylatkiem zabralismy kilkanascie klockow lego, kilka samochodzikow, pare flamastrow i kolorowanek, dwie gry oraz dmuchana pilke i kamizelke ratunkowa. Lego i samochodziki sprawdzily się wysmienicie (choc autek moglo byc mniej), kolorwanki nie za bardzo, ale może to dlatego, ze Filip nie przepada za rysowaniem. Wzielismy tez zapas bajek na komputerze, i choc nie korzystalismy z nich zbyt czesto, czasem dawaly nam chwile wytchnienia. Bo, nie oszukujmy się, kazde wakacje z malym dzieckiem są meczace – 24h/dobe bez pomocy przedszkola czy babc przez ponad 5 tygodni może zmeczyc...Filip na ogol zachowywal się ok, bardzo się pilnowal, zeby się nie zgubic. Miewal tez humory i ryki bez powodu. Najgorzej było po dlugich przemieszczaniach się, gdy wszyscy byli zmeczeni i glodni. Ogolnie Filipiny są bardzo przyjazne do podrozy z dzieckiem o ile zaplanujemy rozsadna liczbe wysp i nie będziemy mieć zbyt duzych oczekiwan w stosunku do tego ile atrakcji „zaliczymy”. Filipowi bardzo podobalo sie plywanie w morzu i w wodospadach, nurkowanie, jazda na motorze, ale tez wspinanie sie na wulkan. Filip jest bardzo silny i duzy jak na swoj wiek, oraz w ogole nie choruje wiec mozna powiedziec, ze jest nam latwiej. Potrafi tez zasnac w kazdych warunkach - nawet jak kilkadziesiat osob w okol niego krzyczy, wiec to tez ulatwia zycie. Zasypianie na motorze z koleji utrudnia zycie :)
Najlepszym zakupem na ten wyjazd były buty do chodzenia po rafie – niezbedne ! W sumie dla Filipa zabralismy 6 t-shirtow, 1 dres, 1 kurtke przeciwdeszczowa, 5 par spodenek, 2 pary dlugich spodni i 2 cienkie bluzki z dlugim rekawem, 1 spodenki i 1 bluzke do plywania oraz trampki, sandaly i crocksy. Mozna sobie odpuscic 1 pare dlugich spodni i 1 bluzke z dlugim rekawem, moglismy rowniez pozbyc sie 1 pary spodenek i 1 podkoszulka oraz trampek. Tylko prac trzeba na okraglo :) ale szybko schnie :)
Kilka osob przed wyjazdem patrzyla na nas podejrzanie - z takim malym dzieckiem tak daleko??? No coz daleko jest rzeczywiscie, ale tak naprawde najbardziej dal nam w kosc etap podrozy Warszawa-Wroclaw - i 8 godzin w pociagu, wiec... Dengi i malarii unikalismy stosujac repelenty (mugga) oraz moskitiery a ciepla woda w morzu i basenie, puste piekne plaze oraz rafa wiele wynagradza.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Hongkong i Chungking Mansion

Przylecielismy do HKK o 2 w nocy, wiec nie bardzo juz mialo sens jechanie do miasta i o 3 w nocy szukanie hotelu, wiec zainstalowalismy sie na lotnisku. Wiekszosc z nas sie wyspala, a szczegolnie Filip rozlozlony jak krol na fotelach. Rano dostal gorace kakao i buleczki z pobliskiego 7-11 i  byl rozanielony. A prespektywa otrzymania (lub nie) samochodu w Hongkongu uspakajala wszelkie wariacje.Tak nam bylo milo na tym lotnisku, ze nie bardzo nam sie chcialo jechac do miasta i zalowalismy, ze nie mamy biletow do Europy na ten sam dzien tylko musimy jeszcze spedzic poltora dnia w Azji. Wreszcie kolo 10 sie zebralismy i pojechalismy do wczesniej zarezerwowanego hotelu w centrum HKK. Autobus zawiozl nas prawie pod drzwi i w ogromnym budynku, na ktorego parterze znajduje sie tysiac straganow z jedzeniem, mydlem i powidlem oraz naganiaczami. Wreszcie, korzystajac z opisu z rezerwacji, sposrod wielu odnalezlismy wlasciwa winde i pietro. Jakiez bylo nasze zdziwnie jak nie znalezlismy nazwy naszego hotelu pod wskazanym adresem. Jednak czarny gosc z recepcji zapytal czy jestesmy z Polski, wiec weszlismy do jednej z klit. A tam - na kontuarze lista 10 nazw pod jaka funkcjonuje ten "hotel" - wciaz bez nazwy pod jaka zarezerwowalismy nasze miejsca. Jednak Pan wyciagnal nasza rezerwacje i zaczal na nas krzyczec, ze jak to przyjezdzamy z dzieckiem! (na stronie nie bylo nigdzie miejsca by wpisac dziecko) w zwiazku z tym musimy wziac pokoje o 100% drozsze. Pomijajac fakt, ze zadne z prezentowanych nam pomieszczen nie bylo wieksze od schowka na szczotki to wiekszosc z nich byla zajeta. Zaczela sie nieprzyjemna awantura, z popychaniem, wielkim stresem i placzem Filipka :( Nie chcielismy sie zgodzic na placenie wiecej niz zarezerwowany pokoj wiec zostalismy wyrzuceni! Luxury European Hotel - koszmarne miejsce.
Na szczescie BiL znalezli szybko inny hotel, prowadzony przez Nepalczyka, gdzie pokoje sa bardzo czyste i wszystko ok tylko wieczorem sa wielkie kolejki do windy. Ale nie chcialbym juz powtorzyc nigdy doswiadczenia z pierwszego miejsca...Potem zjedlismy lunch w pobliskiej jadlodajni, przed ktora stala kolejka miejscowych co bylo najlepsza rekomendacja, a nastepnie poplynelismy na wsype, gdzie odwiedzilismy jedna swiatynie i kilka placow zabaw w bardzo fajnych parkach Hongkongu, Filipek wniebowziety. Wciaz sie rozdzielalismy i gubilismy by po chwili sie odnajdowac co jest niesamowite zwazajac na ilosc ludzi w tym miejscu. Po drodze widzielismy tez kilka ulic zajmowanych przez Filipinczykow na ich niedzielny dzien odpoczynku. Bardzo mnie zasmucil ten widok. Wspolczesne niewolnictwo - caly tydzien haruja w domach Chinczykow mieszkajac w tzw. storage rooms (pokojach na szczotki) a w jedny wolny dzien nie stac ich by pojsc na kawe czy nie maja miejsca by przyjac kogos u siebie, wiec siedza na kartonach, bezposrednio na ulicy. A tam graja w karty, rozmawiaja, pokazuja sobie zdjecia, robia manicure i iskaja sie....
Dzis ostatni poranny spacer po Hongkongu i samolot do Tel Avivu

sobota, 25 sierpnia 2012

Cebu city

Na Malapausca, po porannej kapieli w basenie i wczesnym lunchu w naszym ulubionym Ging-ging wyruszylismy w droge powrotna. Pozegnalismy brudne nabrzeza Malapauski by w Maya wsiasc do tym razem komfortowego, klimatyzowanego autobusu do Cebu city. Podroz ciagnela sie niemilosiernie, gdyz kierwoca zatrzymywal sie na kazde skininie dloni osoby stojacej na poboczu a slamsowate, zakorkowane przedmiescia Cebu ciagnely sie w nieskonczonosc. Po dotarciu do hotelu Jasmine Pension w uptown wszyscy byli zmeczeni co w ostatecznosci skonczylo sie awantura przy kolacji...Nastepnego dnia wyruszylismy na zwiedzanie nielicznych atrakcji Cebu - jest ich na tyle malo , ze o 14 nie wiedzielimy juz co robic, gdyz odwiedzilismy zarowno ogrod motyli i galerie obrazow stworzonych z uzyciem skrzydel motyli, krzyz Magellana, bazylike St.Nino jak i stary fort. A potem siedzielismy w centrum handlowym by jakos dotrwac do 20, o ktorej to powinnismy byc na lotnisku by zdazyc na samolot do Hongkongu. Ogolne wrazenie Cebu City jest smutne - miasto jest brudne i sporo w nim zebrakow oraz centrow handlowych - tak jakby w nich toczylo sie zycie.

czwartek, 23 sierpnia 2012

wciaz Malapascua i podwodne foty

Mala wyspa niedaleko Cebu - najbardzej turystyczna i  najbrudniejsza jaka do tej pory widzielismy. Mimo to zostalismy tutaj, gdyz jest to niezla baza nurkowa i chyba nie chce nam sie znow poswiecac dnia na przenoszenie. Mimo, ze strasznie duzo tu roznych inswktow - zarlocznych mrowek, much, komarow i licho wie czego jeszcze. a piejacych niesutannie kogutow. Aby zalagodzic te czynniki bylo plywanie w basenie, chodzenie po wioskach na wyspie, przechodznie przez klify, snorkolowanie no i oczywiscie nurkowanie, w czasie ktorego mozna bylo zobaczyc 3 rekiny!!! To jednak niezwykle przezycie. Na miejscu jest tez bar z niezla kolekcja filmow,  tym animowanych, wiec wszyscy daja rade. Wczoraj zrobilismy sobie impreze na basenie :) a dzis nurkowalismy kolo wyspy czekoladowej.  Fajny koral widzielismy i niestety slyszelismy wybuchy dynamitu - tak miejscowi lowia ryby a jednoczenie niszcza koral :(
w zalaczeniu kilka zdjec z tego co widac pod woda
pozdrawiamy! Jutro juz jedziemy do Cebu skad pojutrze wylatujemy do Hongkongu....






poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Malapascua 1

Z Camiguin wyruszylismy taksowka o 18:30, potem o 20 bylismy na promie - tam mile zaskoczenie, ze sa lezanki! W klasie ekonomicznej co prawa dosc syfiasto, ale zawsze lepiej sie polozyc niz siedziec. Takze 14-sto godzinny rejs uplynal calkiem spokojnie, tylko po nim Filip wygladal jakby pracowal w kopalni - byl czarny od sadzy lecacej z komina! Potem nastepna taksowka (stargowana z 300 pesos na 100 pesos, co i tak okazalo sie byc zdzierstwem), potem 4-godziny w autobusie, potem duza lodka i malutka...Po 22 godzinach podrozy dotarlismy na Malapascue. pierwsze wrazenia nie byly pozytywne. Wciaz ktos chcial nas naciagnac - a to na prywatna lodke (mimo, ze wiemy, ze jest pubilczna 3x tansza) - uratowal nas twardy Korenczyk, ktory mimo burzy nie dal sie skusic na trnsport za 200 pesos zamiast 80, a to goscie, ktorzy koniecznie chcieli nam pokazac swoje hotele. No i wrazenie kurortu bardzo nam nie pasowalo. Jednakze zblizajacy sie zachod slonca spowodowal, ze zaczelismy szukac hotelu na miejscu. Ceny - najwyzsze jak do tej pory na Filipinach. Dopiero po dluzszym szukaniu i pomocy miejscowych znalazlysmy z B. resort nurkowy, ktory proponowal przyzwoita cene ze sniadaniem i ma calkiem fajny basen, ale nie znajduje sie przy plazy (2 min. spacerkiem do plazy). Wiec do konca szczesliwi nie jestesmy, ale prawie :) Zwlaszcza, ze na kolacje zamowilismy wspaniala barakude  http://en.wikipedia.org/wiki/Barracuda
a w zwiazku z prosbami kilka zdjec








sobota, 18 sierpnia 2012

leniwa sobota

Wczoraj rano weszlismy na stary wulkan odbywajac rownoczesnie droge krzyzowa, gdyz zboczu wulkanu znajdowaly sie rzezby obrazujace kolejne stacje. Filip chcial miec wszedzie zdjecia i byl bardzo dzielny, przeszedl cala droge, mimo ze bylo bardzo goraco a podejscie nie takie latwe. Potem, dla ochlody pojechalismy na kolejne zimne zrodla.  Tym razem zimne byly okropne, z trudem mozna bylo sie wykapac, az zapieralo dech. A Filip oczywiscie chcial plywac tam wciaz...Potem była wysmienita pizza (taka jak w Amalfi!) i frytki dla Filipa, który twierdzi, ze frytki maja dużo witamin. Na moje protesty odpowiada – ale przeciez, ziemniaki to warzywo, więc na pewno są zdrowe! Wreszcie wieczorem zanurkowalismy na wulkanicznej plazy przed naszym domkiem. Niezwykle widoki – na wulkanicznych glazach, tuz przy brzegu rozwija się rafa: widzielismy i rybki, i kraby, i weze morskie, i ukwialy, koral, a wszystko w scenerii czarnego piasku i zuzlu wuklanicznego. Bardzo inne od wszystkiego co do tej pory widzielismy pod woda. Po wyjsciu z morza (po niecalej godzinie od pizzy i frytek, gdzie zjadl tyle co ja) Filip pyta – a co teraz jemy na kolacje?
A dziś wieczorem wyplywamy calonocnym statkiem na Cebu a stamtad na Bantayan.

rajska wysepka Mantigue

Wczorajszy ranek uplynal nam leniwie na czytaniu, praniu i planowaniu co by zrobic z wolnym popoludniem. Czesc ekpiy byla za wyprawa na white island - lacza piachu, kotra wynurza sie popoludniami na wprost naszej plazy, czesc ( w tym ja) za dalsza wycieczke na inna wyspe, Mantigue. Wszyscy dali sie przekonac na dalsza wycieczke i w ten sposob widzielismy przepiekna rafe i malenka wysepke, ktora mozna obejsc w 15 min. Doplynelismy tam mala banka , gdzie po zaplaceniu za wstep na wyspe, ktora jest parkiem narodowym przezlismy sie po dzungli wyroslej na piasku. A tam bylo pelno palm, takich jak nasza w salonie tylko kilka razy wiekszych :) widzielismy zolwie gniazdo i plywalismy i widzielismy tysiace rybek i lawic i ogromnych, kolorowych i male rekiny i cudna rafe. Plaza tez byla piekna, Filip po serii nurkowania powiedzial, ze treaz musi sie przespac co tez zrobil Zawinal sie szczelnie w moje sari i spal w cieniu palm ponad godzine co dalo nam mozliwosc odpoczac. Bo pod rozowanie z trzylatkiem jest fajne ale tez bardzo meczace....szczegolnie, jesli z drzemki wstaje sie lewa noga i wszystko przeszkadza. Poszlismy z Filipkiem wokol wyspy, na ktorej mieszka 10 rodzin, swietne widoki. Wtem, nasz gosc od lodki zaczal do nas krzyczec - go home, go home. I zebralismy sie w 5 minut, gdyz nadciagaly bardzo czarne chmury. Niestety burzy nie uniknelismy, zlapala nas na motorach...zmoklismy okrutnie, ale rum nas ochronil przed przeziebieniem :)

piątek, 17 sierpnia 2012

Filipinos

Pare slow o Filipinczykach. Sa bardzo, bardzo mili i pomocni a przy tym nienarzucajacy sie. Jak jezdzimy motorem to wszyscy nas pozdrawiaja, jak o cos pytamy zawsze staraja sie pomoc. Wszyscy mowia choc troche po angielsku co nas rozleniwia i ja potrafie po filipinsku powiedziec tylko salamat - dziekuje. Ostatnio Filip znow postanowil sie przespac na motorze, wiec musielismy sie zatrzymac, bo bylo to niebezpieczne. Zatrzymalismy sie kolo sklepu. Wyszedl do nas Pan i zaprosil nas do siebie na mala fete. Nie chcielismy przeszkadzac, Filipek spal, wiec weszlismy tylko na podworko, gdzie wyniesiono nam miejscowe spaghetti i kurczaka wciaz dopytujac czy nie chcemy wiecej. Pan, rolnik, mowil swietnie po angielsku, wiedzial, gdzie jest Polska, Krakow i kilka innych faktow a skonczyl tylko szkole srednia w Camiguin i nigdzie nie podrozowal. Najedlismy sie wszyscy i zbieralismy do wyjazdu, zapakowali nam jeszcze jedzenie na droge ze slowami, ze byc moze kiedys sie odwdzieczymy komus innemu i tak dobra karma bedzie krazyc...

czwartek, 16 sierpnia 2012

Camiguin

Podroz z Bohol na Camiguin zajela nam caly dzien i była meczaca – najpierw plynelismy lodka, potem jechalismy jeepneyem, następnie przesiadlismy się do napakowanego do granic autobusu, po dwoch godzinach czekania poplynelismy promem (morze wzburzone, wszyscy mieli troche choroby morskiej) a po doplynieciu na Camiguin znow jeepney i multicap. By się dowiedziec, ze w wybranym przez nas hotelu nie ma miejsca...wiec znow taksowka i do drugiego miejsca. W Seabrise na szczescie mieli wolne spore domki za 500 pesos z fajnym widokiem na czarna, wuklaniczna plaze i morze. Natepnego dnia wynajelismy motory (gdyż skuterow nie maja tutaj, zbyt gorzysty teren) i wyruszylismy na zwiedzanie. Widzielismy zatopiony cmentarz, zimne zrodla sodowe – gdzie zorganizowano bardzo fajny basen i wszyscy w koncu się zrelaksowalismy i wodospad, do ktorego dotarlismy po ok polgodzinnej przeprawie po glazach. Goraco tu, zielen palm jest dużo ciemniejsza niż na Siquijor, wulkany wygladaja dostojnie...Filipkowi podba się bardzo motor i caly czas dopytuje się o wulkany. Jednak podjescie na nie jest dość trudne, więc chyba sobie odpuscimy.

Wczorajszy dzien rozpoczal się od wizyty w miescie Mumbajao, gdyz mielismy drobne wypadki motorowe – ja potrzaskalam kask a BiL tylne swiatlo. Czasami stan tutejszych drog jest bardzo off-road...Na szczescie nic nikomu się nie stalo a koszt czesci zamiennych nie był duzy i wszystko już odkupilismy. Ja kask w sklepie zelaznym za cale 200 pesos...Potem wybralismy się na kolejny wodospad, który okazal się być hiperturystyczny i czesciowo obetonowany, więc czym predzej wsiedlismy na motory i pojechalismy ogladac wielkie malzo-muszle (giant clams http://animals.nationalgeographic.com/animals/invertebrates/giant-clam/ )
Sa piekne! Ogromne – osiagaja rozmiary do 1m, są bajecznie kolorowe i niebezpiczne, daltego oglada się je z przewodnikiem. Zamykajaca się blyskaiwcznie muszla może odciac ciekawksa reke, która chce dotknac srodka muszli. W okol muszli – cudna rafa koralowa, z wielkmi rybami – parrot fish, sergeant fish, nemo itd. i swietnym koralem – brain, moon, hospital coral, by wspomniec tylko kilka. Na obiad tam zjedlismy sobie walsnie rybe sierzanta (http://en.wikipedia.org/wiki/Sergeant_major_%28fish%29 ) Wysmienita! A wieczorem, na dobre zakonczenie dnia, pojechalismy do gracych zrodel zrelaksowac się. I było milo, tylko woda już nie jest taka goraca, gdyż podgrzewajcy zrodla wulkan stygnie.
Filip wczoraj mial dzien dobroci i mowil jaki jest bardzo wdzieczny, ze go tutaj zabralismy oraz ze wszystkich kocha :) i ze jego Klarze tez by się tutaj podobalo. I koniecznie musi kupic pamiatki Tymkowi i Klaruni

JA i PA jak remont? mam nadzieje, ze choc troche odpoczywacie... a co u Panstwa S?

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

z drogi na Camiguin

Jestesmy w drodze z Bohol na Camiguin, ciezko z internetem, cos tam napisalam dzis o swicie i wstawiam w porcie, tuz przed wyplynieciem na  Camiguin.

Ville Marmarine opuszczalismy o 5 rano dwa dni temu by zdazyc na lodke z Siquijor na Bohol. Cala obsluga wstala by sie z nami pozegnac, lacznie z Panem Harada, wlascicielem. Wszyscy chcieli by Filip z nimi zostal, ale on jakos sam nie chcial :) Odwieziono nas do portu, pod sama lodke (mimo, ze teoretycznie nie mozna) I zapakowano do bardzo klimatyzowanej czesci lodzi, z ktorej szybko ucieklismy na gorny poklad, bez klimy. Dojechali BiL i ruszylismy. Do Tagbilaran doplynelismy tuz po 9 co dawalo nam caly dzien na zwiedzanie. Jeszcze w porcie nie moglismy sie za bardzo zdecydowac, gdzie chcemy mieszkac – czy w tanim hostelu w miescie czy w fajnych starych domach na przedmiesciach czy w ogole gdzie indziej. Bez decyzji wyszlismy przed port by wziac tuk tuka a w sumie wsiedlismy do vana, ktorego kierowca poczatkowo wiozl nas do hotelu a po drodze przekonal nas, ze dobrze by bylo od razu pojechac na zwiedzanie. Zapakowani wygodnie stwierdzilismy, ze to dobra opcja 2000 pesos na cala grupe jest akceptowalna cena i ruszylismy do Baclayon. Tam widzielismy najstarszy kosciol na Filipinach, potem Pan proponowal kilka innych atrakcji, do ktorych nie bylismy przekonani (pyton na lancuchu, ogrod motyli) wiec pojechalismy od razu odwiedzic tarasiery- najmniejsze malpki na swiecie z wielkimi oczami. Podobno to one zainspirowaly Spilberga do postaci E.T. Nie zawiedlismy sie – zwierzaki sa bardzo slodkie, zrobilismy im chyba ze 100 zdjec! Filipek, jak znudzil mu sie kolejny tarasier, dostal na reke chrabaszcza wiekosci jego dloni. Na poczatku mowi, ze chce go na reke, ale odsuwal dlon I biedak spadl na ziemie, potem sie przekonal I mowil, ze chrabaszcz go laskocze. Ostatnia atrakcja – must see Boholu bylu czekoladowe wzgorza (chocolat hills), ktore wygladaja jak na obrazach I sa swietne. Sa to gorki, ktore wygladaja jak usypane niewielkie stozki, jest ich ok.1280 i wedlug najpopularniejszej teorii powstaly w wyniku wypietrzenia sie koralowcow. Filip byl zachwycony wspinaniem sie a potem zbieganiem z gory, na gorze uderzyl w dzwon, ktory podobno spelnia marzenie – jego marzeniem jest by wszyscy byli zdrowi, wiec dbajcie o siebie! O 15 byslimy po zwiedzeniu wszystkich atrakcji Boholu I teoretycznie moglismy stamtad wyjezdzac...ale nie przyszlo nam to do glowy I postanowilismy, ze zamieszkamy w Nuts Huts – domkach na palach, w dzungli przy rzece. Miejsce jest piekne, ale naprawde trudnodostepne, zwlaszcza z plecakami na plecach. Mimo upalu I tysiaca schodow dzielacych wejscie od chatek dotralismy na miejsce I zamieszkalismy w bardzo podstawowych domkach z zimna woda I cudnym widokiem na tropikalna rzeke I sciane dzungli.

Bohol dzien 2
Bardzo leniwy poniedzialek...na szczescie, bo Filip od rana byl nie w humorze, rozpoczal od zjedzenia mojego sniadania – bo jego bedzie na pozniej (naprawde dba o moja linie...) a potem robil cyrk, ze on chce samochod, a przypomnial sobie o nim 1000 schodow od chatki. Wyl chyba z pol godziny I nie pomagalo ani tlumaczenie, ani ignorowanie ani wysmiewanie, zacial sie na slowie “saa-mooo-choood” . Az doszlismy do parku przygodowego, gdzie na gorskiej uprzezy mozna przefrunac nad rzeka - zip-line. Czlowiek kladzie sie w specjalnym fartuchu zabezpieczonym profesjonalan uprzeza i zjezdza na linie na sporej wysokosci co moze dac uczucie latania. Oczywiscie polatalismy sobie, ja w tandememie z Filipkiem, ktory w jedna strone wyl, bo nie dostal kasku jak wszyscy (nie mieli jego rozmiaru a I tak w razie czego ja wszystko bym zamortyzowala), ale w druga byl zachwycony I zapytal, czy jak przyjdziemy tu w nocy to w koncu siegnie po swoja gwiazde z nieba. Bo ostatnim jego zyczeniem jest by sciagnac gwiazde z nieba...
A nocy niebo bylo cudownie rozgwiezdzone a dzungla glosna od odglosow zwierzat

Bohol-Camiguin
Juz nie chce sie nam tachac plecakow n gore (1000 schodow Ii spory marsz, kolo 800 metrow) wiec bierzemy lodke prosto spod chatek do miasta Loboc (170 pesos.glowe za 15 minut! Zdzierstwo!) skad pojedziemy na druga strone wyspy z nadzieje, ze jednak plywaja dzis lodki do Camiguin – podobno najwiekszej wulkanicznej wyspy na swiecie.

sobota, 11 sierpnia 2012

cock fights - walki kogutow

Dzis bylismy na walkach kogutow a nawet na najwiekszym filpinskim derby kogutow. Przyjechala koguty i z Mingao i z Cebu i tylko w zwiazku z powodzia te z Luzon nie dojechaly. Niesamowite przezycie! Bylismy dokladnie od poczatku. Trybuny z wolna sie zapelnialy wokolu specjanie przygotowanej piaskowej areny otoczonej szklanym plotkiem, tak by wszysto bylo widac. Nagle na arene wyszli wlasciciele z dwoma pierwszymi kogutami i.. zaczelo sie! okrzyki obstawiania - ten po prawej , ten po lewej! 100, 200, 500 pesos! harmider wielki. Filip patrzyl szerokootwartymi oczami. Koguty wychodzily parami- kazdy mial swojego koguta rozgrzewjacaego, ktory dziobal, tego, ktory przystepowal do wlasciwej walki aby go rzgrzac. I zaczlo sie! koguty najezyly sie naprzeciw siebie i skoczyly na siebie, jeden na gorze, drugi na dole! Sedzia je rodziela, pokazuje je sobie naprzeciw by zoabczyc czy dalej beda walczyc. Podjely walke! dziobia sie az jeden prawie sie nie rusza, sedzia przerywa walke, wszystko trwalo okolo 30 sekund. Sa to derby, wiec koguty nie powinny umrzec na ringu. Krzyki w okol, adrenalina buzuje a Filip... zasypia... tym lepiej dla niego. Ja mam szczescie, ze siada kolo mnie pracownik naszej willi Marmarine i tlumaczy zasady, ktore zmieniaja sie z walki na walke, zmieniaja sie stawki i waznosc walk. Jeden z wlascicieli koguta obstawia swojego championa na 100 tys pesos (10 tys zl) , ktore traci w 30 sekund....Ciekawe maja imiona walczacych - "Money is a toy  - pieniadze sa zabawka", "Fat china boy" - gruby chinski chlopak itp. Wraz z Garym wygrywamy 400 pesos, ktore pozniej tracimy. Bardzo fajne przezycie, nawet jesli nie spodobaloby sie obroncom praw zwierzat :)

piątek, 10 sierpnia 2012

Apo island

Wczoraj wybralismy sie na calodniowa luksusowa wycieczke na podobno najlepsza rafe w okolicy na wyspie Apo. Wyprawa zaczynala sie o 8 z drugiej strony wyspy w resorcie Coco grove (ktory jest piekny i absurdalnie drogi) wiec ja wstalam juz o 5 by wszystko przygotowac. Dojechalismy skuterem na czas i dowiedzielismy sie, ze plyniemy m.in. z dunska para, ktora adoptowala dwoch chlopcow z Nigerii - 5-letniego Philipa i 2-letniego Felixa, takze Filip mial towarzystwo. Lodke mielismy piekna, wyprawa na wyspe trwala mniej niz 1,5 godz., chlopcy byli bardzo podeksytowani a rodzice pinujacy by ktorys nie wypadl an burte. Piekne bylo to jak czarne maluchy przytulay sie do swoich bialych rodzicow i z jaka atencja rodzice (oboje) traktowali dzieciaki, jak sie dzielili opieka nad nimi, rozdawali calusy. Po przyplynieciu na mijesce przewodnik zabral nas w moiesjce, gdzie mozna zobaczyc zolwie. I zobaczylismy je Jedego malego i jednego duzego. I rybki nemo, i troch korali i inne ryby.. tylko Filip po ok. pol godzinei mial juz dosc, bo byly fale i nie czul sie zbyt pewnie w wodzie. Gdy wyszlismy na brzeg okazalo sie, ze jego koledzy tez jzu tam sa ze swoja mama, mieli ten sam problem co Filip. W poludnie dostalismy lunch - schabowy z frytkami! Dzieciaki zachwycone, my mniej, ale byly tez wrzywa curry i ryz oraz pyszne mango i arbuzy. W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na kolejne nurki, ale dzieci tym bardziej nie chcialy isc do wody - za gleboko!szkoda...wieczorem kolacja z BiL u nas a dzis odpoczywamy przed walkami kogutow

czwartek, 9 sierpnia 2012

zdjecia z interioru Siquijor

Przydomowa kapliczka, typowa tutaj

domek z balkonem

droga do saint juan

nasza stacja benzynowa

centrum Siq


w domkach na drzewie

widoki w interiorze


pryzsyla konferencja tutaj_


bardyo fajne sa tu dzieciaki, machaja nam, krzycza helo!

sklep po drodze
wiem, ze juz mozecie miec dosc ale to juz prawie ostatnie zdjecia z Siq

ostatnie dni w Siquijor

Wczoraj mielismy tu impreze pozegnalan dla wizytujacych Siquijor japonskich przedszkolanek, bylo naprawde smiesznie. Podali nam pieczonego prosiaka (Filip od kiedy zobaczyl go caly czas wolal, ze on chce jesc swinie!) a poniewaz jestesmy ulubiencami obslugi dostalismy to co wedlug nich jest najlepsze czyli chrupiaca, tlusta skore....no coz, dobrze, ze mozna bylo wrocic i poprosic o jakis kawalek miesa i tak zalapalismy sie na zeberka :) oraz kilka rodzajow rybe mango, arbuzy, anansy i domowej roboty lody z mango (pycha!) - 300 pesos/glowe, Filip gratis. To nie koniec naszych kulinarnych ekspolaracji, gdyz w ciagu dnia zalapalismy sie na swiezego kokosa prosto z drzewa. Akurat chlopcy mieli ochote na kokosa, wiec wdrapali sie na palme i zrzucili kilka, a poniewaz chcielismy jednego to dostalismy - wysmienite! Poza tym wciaz zwiedzamy nowe, piekne dzikie plaze, jezdzimy skuterem po dzungli i w ogole nie chce nam sie stad wyjezdzac... ale w koncu trzeba wiec jutro wybieramy sie na wycieczke na Apo - raj nurkowy z piekna rafa koralowa a w sobote juz mamy okazje zalapac sie na wycieczke z delfinami i chyba juz zostaniemy kolo Boholu. A tak nie chce nam sie wyjezdzac....
Dzis wieczorem BiL przychodza do nas na kolacje, mam nadzieje, ze nie beda rozczarowani, bo ich miejsce tez jest bardzo ladne.

środa, 8 sierpnia 2012

zeby nie bylo za slodko....

to moje pogryzienia strasznie swedza, oprocz tego zrobilo mi sie zimno (herpex) i poparzylam sie od rury wydechowej :( poza tym wszyscy zdrowi, sciagam wszystko na siebie. Filip zjada sniadanie swoje (dwa grube amerykanskie nalesniki z bananami) ora pol mojego (grzanki z dzemem i ice-tea) a po dwoch godzinach domaga sie kolejnego posilku...

foto dla babc

Filip buduje domek dla kraba


przed wyprawa kajakiem wzdluz brzegu

Filip wspina sie po kokosy

Filip zbudowl kokosowy zamek tuz przed przybyciem naszej firmowej lodki



Nie moglam sie powstrzymac by nie dodac widoku naszej cudnej plazy

wtorek, 7 sierpnia 2012

u nas nudy...

Przedwczoraj pojezdzilismy sobie po interiorze, bylo jak zwykle swietnie - zobaczylismy drugi wodospad, duzo wiekszy, znow bylismy przy nim zupelnie sami. Zatrzymalismy sie tez przy jaskini, ale bylo za slisko i zbyt gleboko by tam wejsc z Filipkiem. Potem maly przystanek w miescie na ciastka i lody - jak to na prawdziwych wakacjach a wieczorem gra we freesbee na plazy. Tym razem ne spoznilismy sie na kolacje i dostalismy przepyszne jedzenie - ja w koncu kinlawe, na ktore polowalam od przyjazdu tu - to kawalki surowej ryby z warzywami w mleku kokosowym - naprawde swietne, Filip swoja rybe z frytkami pochlona w kilkanascie minut. A wczoraj relaks na plazy - nurkowanie, plywanie, czytanie. Wieczorem zalaplalismy sie za 500 pesos za wszystkich na impreze dla Japonczykowi  delektowalismy sie lokalnymi specjalami - sosem z jezowca, kinlawe z jackfish z warzywami oraz wielkimi krewetkami w slodkim sosie. A Filip mial okazje sprobowac datongi i rambutany. Basia przyjechala do nas!

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

zdjecia z Siquijor 1

Filip na naszej plazy - na ogol jestesmy sami

Filip czeka na fale





taras naszego hotelu - tu jemy sniadania i kolacje w blasku swiec

tu nasz pokoj widziany z zewnatrz

ostrzezenie - kokos moze spasc w kadej chwili....

hamak na naszej plazy, moje miejsce

plaza

nasz big room - 40m2, widoki z okien ponizej

taras

widok z okna 1

widok z okna 2

widok z okna 3
Pierwsze zdjecia z Siquijor - nasz hotel i okolice