poniedziałek, 6 sierpnia 2012
niedziela na Siquijor
Wczoraj mielismy dzien pelen wrazen. Z rana wzielismy skuter i wyruszylismy na poszukiwanie wodospadu. Dostalismy od zapoznanego tu Francuza niezla mape, wiec zadanie bylo znacznie ulatwione :)Po drodze wstapilismy do motylego ogrodu, gdzie motyle siadaly nam na dloniach, nosach i nogach. Filipek mial tez na rece patyczaki i wazke i byl zachwycony. Miejsce nie jest duze i dosc drogie (300 pesos, 1 zl=10 pesos) ale wrazenia laskoczacego w nos motyla wielkosci dloni niezapomniane! Stamtad wyruszlismy w droge na wodospady zatrzymujac sie po drodze w co ladniejszych kosciolach. Wyprawa skuterem przez dzungle sama w sobie byla swietna a jak udalo nam sie dotrzec na miejsce to bylo jeszcze lepiej :) Wodospady skaldaly sie z kilku spadow i basenikow i wszystko byloby super, gdyby nie to, ze ostrzezono nas przed zlodziejami, wiec kapalismy sie po koleji, tylko Filip nie wychodzil z wody i byl zachwycony. W drodze powrotnej zatrzymalismy sie jeszcze na placu zabaw kolo klasztoru, gdzie Filip zjedzal na smiesznej rolkowej zjezdzalni wraz z filipinskimi dziecmi i gdzie pogadalismy sobie z miejscowymi. Szkoda, ze spoznilismy sie na obchody 155-lecia tutejszej parafii, ktore byly z tancami, przedstawieniem itd. Po drodze jeszcze wizyta na podobno najladniejszej plazy na wyspie, ktora niestety nieutrzymywana troche sie zdegradowala. Slonce znizalo sie nad horyzontem, a chcielismy jeszcze pojechac na msze do Siquijor. Zajechalismy jeszcze tylko na market w Marii by kupic jakas bulke dla Filipa i zjezdzac do hotelu a tu...niespodzianka - zlapalismy gume! Na szczescie skutery z lysymi oponami sa tu bardzo popularne, wiec od razu skierowano ans do oddalonego o 100 metrow wulkanizatora. Tam pan wszystko pieknie naprawil, wiec dostal nawet napiwek, gdyz cala usluga kosztowala 40 pesos. Jechalismy w miare szybko by zdazyc przed noca, ale i tak zajechalismy po zachodzie slonce.A potem przygotowywalismy sie na kolacje i szykowalismy sie, i przebieralismy sie... az kolacji nie dostalismy, bo o 20:30 przestali serwowac jedzenie. Cale szczescie, ze mielismy zapasy ciasteczek i piwa, wiec dalo sie zyc. Choc mi w nocy snily sie takei delicje jak ziemniaki z cebula i kefirem...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz