Z Camiguin wyruszylismy taksowka o 18:30, potem o 20 bylismy na promie - tam mile zaskoczenie, ze sa lezanki! W klasie ekonomicznej co prawa dosc syfiasto, ale zawsze lepiej sie polozyc niz siedziec. Takze 14-sto godzinny rejs uplynal calkiem spokojnie, tylko po nim Filip wygladal jakby pracowal w kopalni - byl czarny od sadzy lecacej z komina! Potem nastepna taksowka (stargowana z 300 pesos na 100 pesos, co i tak okazalo sie byc zdzierstwem), potem 4-godziny w autobusie, potem duza lodka i malutka...Po 22 godzinach podrozy dotarlismy na Malapascue. pierwsze wrazenia nie byly pozytywne. Wciaz ktos chcial nas naciagnac - a to na prywatna lodke (mimo, ze wiemy, ze jest pubilczna 3x tansza) - uratowal nas twardy Korenczyk, ktory mimo burzy nie dal sie skusic na trnsport za 200 pesos zamiast 80, a to goscie, ktorzy koniecznie chcieli nam pokazac swoje hotele. No i wrazenie kurortu bardzo nam nie pasowalo. Jednakze zblizajacy sie zachod slonca spowodowal, ze zaczelismy szukac hotelu na miejscu. Ceny - najwyzsze jak do tej pory na Filipinach. Dopiero po dluzszym szukaniu i pomocy miejscowych znalazlysmy z B. resort nurkowy, ktory proponowal przyzwoita cene ze sniadaniem i ma calkiem fajny basen, ale nie znajduje sie przy plazy (2 min. spacerkiem do plazy). Wiec do konca szczesliwi nie jestesmy, ale prawie :) Zwlaszcza, ze na kolacje zamowilismy wspaniala barakude http://en.wikipedia.org/wiki/Barracuda
a w zwiazku z prosbami kilka zdjec
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz