piątek, 31 sierpnia 2012

Podsumowanie

W podroz z naszym trzylatkiem zabralismy kilkanascie klockow lego, kilka samochodzikow, pare flamastrow i kolorowanek, dwie gry oraz dmuchana pilke i kamizelke ratunkowa. Lego i samochodziki sprawdzily się wysmienicie (choc autek moglo byc mniej), kolorwanki nie za bardzo, ale może to dlatego, ze Filip nie przepada za rysowaniem. Wzielismy tez zapas bajek na komputerze, i choc nie korzystalismy z nich zbyt czesto, czasem dawaly nam chwile wytchnienia. Bo, nie oszukujmy się, kazde wakacje z malym dzieckiem są meczace – 24h/dobe bez pomocy przedszkola czy babc przez ponad 5 tygodni może zmeczyc...Filip na ogol zachowywal się ok, bardzo się pilnowal, zeby się nie zgubic. Miewal tez humory i ryki bez powodu. Najgorzej było po dlugich przemieszczaniach się, gdy wszyscy byli zmeczeni i glodni. Ogolnie Filipiny są bardzo przyjazne do podrozy z dzieckiem o ile zaplanujemy rozsadna liczbe wysp i nie będziemy mieć zbyt duzych oczekiwan w stosunku do tego ile atrakcji „zaliczymy”. Filipowi bardzo podobalo sie plywanie w morzu i w wodospadach, nurkowanie, jazda na motorze, ale tez wspinanie sie na wulkan. Filip jest bardzo silny i duzy jak na swoj wiek, oraz w ogole nie choruje wiec mozna powiedziec, ze jest nam latwiej. Potrafi tez zasnac w kazdych warunkach - nawet jak kilkadziesiat osob w okol niego krzyczy, wiec to tez ulatwia zycie. Zasypianie na motorze z koleji utrudnia zycie :)
Najlepszym zakupem na ten wyjazd były buty do chodzenia po rafie – niezbedne ! W sumie dla Filipa zabralismy 6 t-shirtow, 1 dres, 1 kurtke przeciwdeszczowa, 5 par spodenek, 2 pary dlugich spodni i 2 cienkie bluzki z dlugim rekawem, 1 spodenki i 1 bluzke do plywania oraz trampki, sandaly i crocksy. Mozna sobie odpuscic 1 pare dlugich spodni i 1 bluzke z dlugim rekawem, moglismy rowniez pozbyc sie 1 pary spodenek i 1 podkoszulka oraz trampek. Tylko prac trzeba na okraglo :) ale szybko schnie :)
Kilka osob przed wyjazdem patrzyla na nas podejrzanie - z takim malym dzieckiem tak daleko??? No coz daleko jest rzeczywiscie, ale tak naprawde najbardziej dal nam w kosc etap podrozy Warszawa-Wroclaw - i 8 godzin w pociagu, wiec... Dengi i malarii unikalismy stosujac repelenty (mugga) oraz moskitiery a ciepla woda w morzu i basenie, puste piekne plaze oraz rafa wiele wynagradza.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Hongkong i Chungking Mansion

Przylecielismy do HKK o 2 w nocy, wiec nie bardzo juz mialo sens jechanie do miasta i o 3 w nocy szukanie hotelu, wiec zainstalowalismy sie na lotnisku. Wiekszosc z nas sie wyspala, a szczegolnie Filip rozlozlony jak krol na fotelach. Rano dostal gorace kakao i buleczki z pobliskiego 7-11 i  byl rozanielony. A prespektywa otrzymania (lub nie) samochodu w Hongkongu uspakajala wszelkie wariacje.Tak nam bylo milo na tym lotnisku, ze nie bardzo nam sie chcialo jechac do miasta i zalowalismy, ze nie mamy biletow do Europy na ten sam dzien tylko musimy jeszcze spedzic poltora dnia w Azji. Wreszcie kolo 10 sie zebralismy i pojechalismy do wczesniej zarezerwowanego hotelu w centrum HKK. Autobus zawiozl nas prawie pod drzwi i w ogromnym budynku, na ktorego parterze znajduje sie tysiac straganow z jedzeniem, mydlem i powidlem oraz naganiaczami. Wreszcie, korzystajac z opisu z rezerwacji, sposrod wielu odnalezlismy wlasciwa winde i pietro. Jakiez bylo nasze zdziwnie jak nie znalezlismy nazwy naszego hotelu pod wskazanym adresem. Jednak czarny gosc z recepcji zapytal czy jestesmy z Polski, wiec weszlismy do jednej z klit. A tam - na kontuarze lista 10 nazw pod jaka funkcjonuje ten "hotel" - wciaz bez nazwy pod jaka zarezerwowalismy nasze miejsca. Jednak Pan wyciagnal nasza rezerwacje i zaczal na nas krzyczec, ze jak to przyjezdzamy z dzieckiem! (na stronie nie bylo nigdzie miejsca by wpisac dziecko) w zwiazku z tym musimy wziac pokoje o 100% drozsze. Pomijajac fakt, ze zadne z prezentowanych nam pomieszczen nie bylo wieksze od schowka na szczotki to wiekszosc z nich byla zajeta. Zaczela sie nieprzyjemna awantura, z popychaniem, wielkim stresem i placzem Filipka :( Nie chcielismy sie zgodzic na placenie wiecej niz zarezerwowany pokoj wiec zostalismy wyrzuceni! Luxury European Hotel - koszmarne miejsce.
Na szczescie BiL znalezli szybko inny hotel, prowadzony przez Nepalczyka, gdzie pokoje sa bardzo czyste i wszystko ok tylko wieczorem sa wielkie kolejki do windy. Ale nie chcialbym juz powtorzyc nigdy doswiadczenia z pierwszego miejsca...Potem zjedlismy lunch w pobliskiej jadlodajni, przed ktora stala kolejka miejscowych co bylo najlepsza rekomendacja, a nastepnie poplynelismy na wsype, gdzie odwiedzilismy jedna swiatynie i kilka placow zabaw w bardzo fajnych parkach Hongkongu, Filipek wniebowziety. Wciaz sie rozdzielalismy i gubilismy by po chwili sie odnajdowac co jest niesamowite zwazajac na ilosc ludzi w tym miejscu. Po drodze widzielismy tez kilka ulic zajmowanych przez Filipinczykow na ich niedzielny dzien odpoczynku. Bardzo mnie zasmucil ten widok. Wspolczesne niewolnictwo - caly tydzien haruja w domach Chinczykow mieszkajac w tzw. storage rooms (pokojach na szczotki) a w jedny wolny dzien nie stac ich by pojsc na kawe czy nie maja miejsca by przyjac kogos u siebie, wiec siedza na kartonach, bezposrednio na ulicy. A tam graja w karty, rozmawiaja, pokazuja sobie zdjecia, robia manicure i iskaja sie....
Dzis ostatni poranny spacer po Hongkongu i samolot do Tel Avivu

sobota, 25 sierpnia 2012

Cebu city

Na Malapausca, po porannej kapieli w basenie i wczesnym lunchu w naszym ulubionym Ging-ging wyruszylismy w droge powrotna. Pozegnalismy brudne nabrzeza Malapauski by w Maya wsiasc do tym razem komfortowego, klimatyzowanego autobusu do Cebu city. Podroz ciagnela sie niemilosiernie, gdyz kierwoca zatrzymywal sie na kazde skininie dloni osoby stojacej na poboczu a slamsowate, zakorkowane przedmiescia Cebu ciagnely sie w nieskonczonosc. Po dotarciu do hotelu Jasmine Pension w uptown wszyscy byli zmeczeni co w ostatecznosci skonczylo sie awantura przy kolacji...Nastepnego dnia wyruszylismy na zwiedzanie nielicznych atrakcji Cebu - jest ich na tyle malo , ze o 14 nie wiedzielimy juz co robic, gdyz odwiedzilismy zarowno ogrod motyli i galerie obrazow stworzonych z uzyciem skrzydel motyli, krzyz Magellana, bazylike St.Nino jak i stary fort. A potem siedzielismy w centrum handlowym by jakos dotrwac do 20, o ktorej to powinnismy byc na lotnisku by zdazyc na samolot do Hongkongu. Ogolne wrazenie Cebu City jest smutne - miasto jest brudne i sporo w nim zebrakow oraz centrow handlowych - tak jakby w nich toczylo sie zycie.

czwartek, 23 sierpnia 2012

wciaz Malapascua i podwodne foty

Mala wyspa niedaleko Cebu - najbardzej turystyczna i  najbrudniejsza jaka do tej pory widzielismy. Mimo to zostalismy tutaj, gdyz jest to niezla baza nurkowa i chyba nie chce nam sie znow poswiecac dnia na przenoszenie. Mimo, ze strasznie duzo tu roznych inswktow - zarlocznych mrowek, much, komarow i licho wie czego jeszcze. a piejacych niesutannie kogutow. Aby zalagodzic te czynniki bylo plywanie w basenie, chodzenie po wioskach na wyspie, przechodznie przez klify, snorkolowanie no i oczywiscie nurkowanie, w czasie ktorego mozna bylo zobaczyc 3 rekiny!!! To jednak niezwykle przezycie. Na miejscu jest tez bar z niezla kolekcja filmow,  tym animowanych, wiec wszyscy daja rade. Wczoraj zrobilismy sobie impreze na basenie :) a dzis nurkowalismy kolo wyspy czekoladowej.  Fajny koral widzielismy i niestety slyszelismy wybuchy dynamitu - tak miejscowi lowia ryby a jednoczenie niszcza koral :(
w zalaczeniu kilka zdjec z tego co widac pod woda
pozdrawiamy! Jutro juz jedziemy do Cebu skad pojutrze wylatujemy do Hongkongu....






poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Malapascua 1

Z Camiguin wyruszylismy taksowka o 18:30, potem o 20 bylismy na promie - tam mile zaskoczenie, ze sa lezanki! W klasie ekonomicznej co prawa dosc syfiasto, ale zawsze lepiej sie polozyc niz siedziec. Takze 14-sto godzinny rejs uplynal calkiem spokojnie, tylko po nim Filip wygladal jakby pracowal w kopalni - byl czarny od sadzy lecacej z komina! Potem nastepna taksowka (stargowana z 300 pesos na 100 pesos, co i tak okazalo sie byc zdzierstwem), potem 4-godziny w autobusie, potem duza lodka i malutka...Po 22 godzinach podrozy dotarlismy na Malapascue. pierwsze wrazenia nie byly pozytywne. Wciaz ktos chcial nas naciagnac - a to na prywatna lodke (mimo, ze wiemy, ze jest pubilczna 3x tansza) - uratowal nas twardy Korenczyk, ktory mimo burzy nie dal sie skusic na trnsport za 200 pesos zamiast 80, a to goscie, ktorzy koniecznie chcieli nam pokazac swoje hotele. No i wrazenie kurortu bardzo nam nie pasowalo. Jednakze zblizajacy sie zachod slonca spowodowal, ze zaczelismy szukac hotelu na miejscu. Ceny - najwyzsze jak do tej pory na Filipinach. Dopiero po dluzszym szukaniu i pomocy miejscowych znalazlysmy z B. resort nurkowy, ktory proponowal przyzwoita cene ze sniadaniem i ma calkiem fajny basen, ale nie znajduje sie przy plazy (2 min. spacerkiem do plazy). Wiec do konca szczesliwi nie jestesmy, ale prawie :) Zwlaszcza, ze na kolacje zamowilismy wspaniala barakude  http://en.wikipedia.org/wiki/Barracuda
a w zwiazku z prosbami kilka zdjec








sobota, 18 sierpnia 2012

leniwa sobota

Wczoraj rano weszlismy na stary wulkan odbywajac rownoczesnie droge krzyzowa, gdyz zboczu wulkanu znajdowaly sie rzezby obrazujace kolejne stacje. Filip chcial miec wszedzie zdjecia i byl bardzo dzielny, przeszedl cala droge, mimo ze bylo bardzo goraco a podejscie nie takie latwe. Potem, dla ochlody pojechalismy na kolejne zimne zrodla.  Tym razem zimne byly okropne, z trudem mozna bylo sie wykapac, az zapieralo dech. A Filip oczywiscie chcial plywac tam wciaz...Potem była wysmienita pizza (taka jak w Amalfi!) i frytki dla Filipa, który twierdzi, ze frytki maja dużo witamin. Na moje protesty odpowiada – ale przeciez, ziemniaki to warzywo, więc na pewno są zdrowe! Wreszcie wieczorem zanurkowalismy na wulkanicznej plazy przed naszym domkiem. Niezwykle widoki – na wulkanicznych glazach, tuz przy brzegu rozwija się rafa: widzielismy i rybki, i kraby, i weze morskie, i ukwialy, koral, a wszystko w scenerii czarnego piasku i zuzlu wuklanicznego. Bardzo inne od wszystkiego co do tej pory widzielismy pod woda. Po wyjsciu z morza (po niecalej godzinie od pizzy i frytek, gdzie zjadl tyle co ja) Filip pyta – a co teraz jemy na kolacje?
A dziś wieczorem wyplywamy calonocnym statkiem na Cebu a stamtad na Bantayan.

rajska wysepka Mantigue

Wczorajszy ranek uplynal nam leniwie na czytaniu, praniu i planowaniu co by zrobic z wolnym popoludniem. Czesc ekpiy byla za wyprawa na white island - lacza piachu, kotra wynurza sie popoludniami na wprost naszej plazy, czesc ( w tym ja) za dalsza wycieczke na inna wyspe, Mantigue. Wszyscy dali sie przekonac na dalsza wycieczke i w ten sposob widzielismy przepiekna rafe i malenka wysepke, ktora mozna obejsc w 15 min. Doplynelismy tam mala banka , gdzie po zaplaceniu za wstep na wyspe, ktora jest parkiem narodowym przezlismy sie po dzungli wyroslej na piasku. A tam bylo pelno palm, takich jak nasza w salonie tylko kilka razy wiekszych :) widzielismy zolwie gniazdo i plywalismy i widzielismy tysiace rybek i lawic i ogromnych, kolorowych i male rekiny i cudna rafe. Plaza tez byla piekna, Filip po serii nurkowania powiedzial, ze treaz musi sie przespac co tez zrobil Zawinal sie szczelnie w moje sari i spal w cieniu palm ponad godzine co dalo nam mozliwosc odpoczac. Bo pod rozowanie z trzylatkiem jest fajne ale tez bardzo meczace....szczegolnie, jesli z drzemki wstaje sie lewa noga i wszystko przeszkadza. Poszlismy z Filipkiem wokol wyspy, na ktorej mieszka 10 rodzin, swietne widoki. Wtem, nasz gosc od lodki zaczal do nas krzyczec - go home, go home. I zebralismy sie w 5 minut, gdyz nadciagaly bardzo czarne chmury. Niestety burzy nie uniknelismy, zlapala nas na motorach...zmoklismy okrutnie, ale rum nas ochronil przed przeziebieniem :)