sobota, 4 sierpnia 2012

na Siqujor


Juz od kilku dni jestesmy w tak idyllicznym miejscu, ze nie ma jak go opisac :) ale przede wszystkim dostęp do internetu jest ograniczony, więc i kilkudniowe opoznienie się zrobilo. Za to ta notka będzie dluga, bo wrazen się nazbieralo. Po pierwsze jestesmy wszyscy zachwyceni zarowno nazym japonskim hotelem jak i sama wyspa. Pogoda tez niczego sobie, padalo tylko raz i to w nocy a poza tym slonce z lekkimi chmurkami i palmami kokosowymi. Objechalismy cala wyspe dookola, na wynajetym w hotelu skuterze, wszysko było piekne. I roznorakie palmy, i rozwalajace się chatki, i piekne hacjendy bogaczy, i coraz to inne plaze, i machajacy nam usmiechnieci Filipinos. Sprawdzilismy inny pensjonat, Kiwi, gdyż w naszym japonskim mozemy zostac tylko do niedzieli, ale nie dorastal do piet naszemu miejscu, więc postanowilismy prosic Japonczykow o jakiekolwiek miejsce u nich, nawet to co maja dla sluzby. Zatrzymalismy się tez na ladnej plazy z basenem i zjezdzalniami, ale ponieważ jestesmy poza sezonem to nic nie było czynne. W miedzyczasie Filip zasnal na skuterze, więc trzebabylo się zatrzymac, akurat trafilismy na festwial w miejscowej szkole – dzieci tanczyly i spiewaly dla rodzicow. Koncepcja fajna, mi się jednak nie podobalo, gdy zobaczylam umalowane 8-10 latki w butach na obcasach, kusych spodniczach wyginajace się w rytm muzyki disco, tak jakos bardzo smutno mi się zrobilo. A mój smutek spotegowaly zjadajace mnie mrowki! Gdyz przez nieuwage stanelam z Filipkiem na rekach w mrowisku....Trzeba przyznac, ze droga okalajaca wyspe jest naprwde niezla, poza remontowanymi fragmentami asfaltowa, szeroka i plaska, więc skuterem jezdzi się fantastycznie. Wczoraj, korzystajac z tego, ze skuter mielismy jeszcze do poludnia pojechalismy zwiedzic najwieksze miasteczko – zrobilismy zdjecie kosciola, portu i to był koniec miasteczka :), potem rezerwat namorzyn, gdzie maja domki na drzewach do wynajecia (może tu będziemy spac?) i wreszcie z powrotem na nasza prywatna plaze. Jak tylko weszlismy tam zobaczyc co i jak Filip rozebral się na golasa i wskoczyl do wody! Akurat woda była idealna, plaze mielismy cala dla siebie, więc tam zostalismy na cale popoludnie. W miedzyczasie wlasciciel pozyczyl nam kajak, więc poplywalismy troche wzdluz brzegu, ponurkowalismy, zbudowalismy piaskowe ciasto kokosowe z muszlami i krabikiem i zamek z parkingiem....i już mamy dość plazowania :) w niedziele więc znow skuter i jedziemy nad wodospady w centrum wyspy. Codziennie tez chodzimy na spacery po plazy i tu wychodzi poetycka natura Filipa – widzac zachod slonca powiedzial, ze sloneczko zaklada czerwona pizamke na noc ;)
Jak to zwykle bywa na takich wyjazdach poznajemy tez przelotnie ciekawych ludzi. W naszym hotelu mieszkal były amerykanski ochroniarz, który ochranial jakiś waznych ludzi w Manili a obecnie uczy nurkowania na Filipinach, Anglik, który rzucil robote i zyje z wynajmowania swojego mieszkania w Camden w Londynie, francusko-niemiecka para, która zyje w Manili z dwojka swoich dzieci, gdyż zona pracuje dla niemieckiej agencji rozwojowej a maz zajmuje się domem itd...Jak będzie więcej czasu to napisze o rozmowach z nimi, gdyż były bardzo ciekawe.
A teraz jest już 6:30, slonce coraz wyzej a Filipek domaga się bajki, wiec musze oddac komputer... piszcie do nas!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz