W Dumaguete udalismy się do galerii
handlowej by kupic nowe akumulatory do aparatu. W Lee Plaza pracuje
chyba z tysiac osob – przy wejsciu na kazde stoisko – ochrona,
kase obsluguja trzy osoby – jedna kasuje, druga pakuje, trzecia
pilnuje. Wszyscy bardzo uprzejmi, wszyscy mowia po angielsku. Ceny
wyzsze niż w Polsce. Jak oni tu zyja? Glownie z pieniedzy
przysylanych przez innych czlonkow rodziny pracujacych w Ameryce lub
w innych panstwach Azji. Filipinki są pomocami domowymi w
Hongkongu,Malezji, Singapurze, pielegniarkami w Kanadzie i w Stanach.
Wysylaja na Filipiny 1,6 miliarda dolarow rocznie a na samych
Filipinach wiele artykulow jest importowanych. Dumaguete bardzo
przyjemne, dużo studentow, ladny kampus no i swietne nabrzeze.
Zdecydowalismy plynac na Siquijor dopiero o 13:30, bo na 9 nie było
szans zdazyc, więc przed wyruszeniem w dalasza podroz zaczelismy
dzwonic do upatrzonych hoteli. Do prawdziwego backpakerskiego Kiwi
nie moglismy się dodzwonic, w koncu udalo się do Marmirne. Niestety
ceny wyzsze niż zakladal nasz budzet...no i malo opcji, te najtansze
zajete, została tylko super chatka z klima, tv i goraca woda,
widokiem na morze Fuji za 280 zl lub pokoj rodzinny za 130 zl bez
tego wszystkiego. Postanowilismy pojechac tam jednak i zdecydowac na
miejscu, zwłaszcza, ze hotel placil za przyjazd z portu.
O 13:30 wzielismy lodke Delta na
Siquijor. Najpierw czekalismy na nia w bardzo przyzwoitej poczeklani
na ladzie, gdzie był nawet plac zabaw. Juz w barce poczekalniowej
tak bujalo, ze wzielam aviomarin a Filip ukladal się do snu. Na
lodce, mimo wykupionych tanich biletow, skierowano nas i innych
bialych do części z klima a tam po minucie oboje z Filipem spalismy
az do przybycia na Siquijor. A tam....wreszcie to na co czekalismy!
Bialy piasek, palmy i slonce! I wyjacy Filip, bo właśnie się
obudzil :( na szczescie przeszlo mu w miare szybko a tricykl zabral
nas do hotelu, który przeszedl nasze oczekiwania.... okazalo się,
ze wlasciciel Japonczyk stworzyl tu taka mala Japonie, także mamy
dwa w jednym – i Filipiny i Japonie :) postanowil tez udzielic nam
znizki i daje super chatke Fuji za 200 zl...my jednak jestesmy dziwni
i wybralismy pokoj bez tv, bez klimy i bez lazienki w pokoju ale za
to o powierzchi 40m z pieknym widokiem na plaze, morze i plamy.
Popoludnie spedzilismy snorklujac – rafa niestety zniszczona, ale
widzielismy kilka rozgwiazd – pomaranczowe (b.duzo), niebieskie i
fioletowe, które wygladaly jak zrobione z plasteliny, kilka rybek ,
ze dwie lawice bialo-czarych malych rybek. Pieknie! Filip nie bardzo
chce zakladac maske, ale wypatrywal rozgwiazd przez powierzchnie.
Akurt był odplyw, więc przez kilkaset metrow glebokosc nie
przekraczal pol metra. Potem spacer po plazy w blasku zachodzacego
slonca... Filipinczycy lowili jezowce, mule i inne przysmaki morza.
Wieczorem kolacja w blasku swiec z obsluga w kimonach...piekne
dziewczyny, 4 na 6 stolikow, jedzenie wysmienite plus deser – owoce
w mleku kokosowym gratis. Filip wciagal noodle z kurczakiem az milo a
dodatkowo zjadl mój ryz. a teraz luli na lozkach w porzadnych moskitierach. Dobranoc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz