czwartek, 26 lipca 2012

w Hongkongu

Chinska goscinnosc jest niesamowita. Profesor, z ktorym bylam tu umowiona na spotkanie zadzowonil do hotelu, ze wyjechal po nas na lotnisko, szkoda, ze o tym nie wiedzielismy, bo sie chlopina na darmo fatygowal i 3 godziny czekal tam...Przyjechal pozniej po nas do hotelu, pokazal nam campus i lab, ladne widoki ze wzgorza. Potem zaprosil na kolacje w naprawde fajnym miejscu, gdzie zamowil dla nas mnostwo samkolykow, nie do przejedzenia....wiec poprosil o zapakowanie ich dla nas! Filip, jak tylko sie oswoil zaczal troche szalec (wlazl pod stol, wkladal sobie paleczki do sanadalow i mowil, ze ma magiczne buty i zaraz odleci...) ale powiedzmy szczerze 2-godzinna kolacja mogla byc dla niego przydluga...Potem wieczorny spacer nabrzezem, co prawda w lekkim deszczyku, ale i tak swietny. Pospalismy sie w koncu przy cartoon networks - jedni przy pomocy whisky z cola, inni syropku uspokajajacego  :) jet lag zazegnany. Widoki z 15-pietra wypasionego hotelu - jak na filmach :)
Zbieramy sie na zwiedzanie, mimo ze wciaz pada (kapusniczek). Cztery dni temu byl tu tajfun o sile 10/10...
pozdrawiamy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz